Współpracownik „Gazety Grudziądzkiej” odwiedził słynną siedzibę Drzymały w Rakoniewicach i tak zdaje sprawę z tej wycieczki.

Zjeżdżam zatem do Rakoniewic.

– A gdzie tutaj macie owe sławne Podgradowice i rozgłośnego w nich Drzymałę? Pytam pierwszego napotkanego przechodnia.
– A to, proszę pana, jeszcze kawałek drogi koleją do „Kaisertreu”.
Bóg zapłać!

Przyjeżdżam do Podgradowic, które w języku zajęczym zowią się obecnie „Kaisertreu”. Stacyjka maleńka, jak wszystkie. Wioski ani dudu. Za to kawałeczek od stacyi, tuż nad torem kolejowym, widzę jakieś obozowisko. Czyżby cyganie rozgościli się pod gołem niebem?

Ale nie, to mieszkanie, to letnisko, sławnego p.Drzymały. Z kominka maleńskiego, sterczącego nad wozem, wydobywa się cienki słup dymu. Odchodzę. Kobieta w starszym już wieku, pracuje nad zalepieniem dziur i szpar wozu, którego okienka, widać, niedawno wstawiono.

– Czy to wy, pani Drzymalina?
– A dyć jo!
– A mąż wasz gdzie?
– A, gdzieby tam, gdzie każdy dobry Polak: w kozie!
– A dyć za to, że tutaj zamieszkał, na tym gruncie. Skazali go za to na 120 marek kary, a że nie miał pieniędzy na zapłacenie jej, więc poszedł na 14 dni do kozy. Ale wspaniałomyślni Prusacy wiedzą, że teraz żniwa, więc pozwolili mu odsiadywać „na raty”, dwa razy po tygodniu. Ciągle tutaj ludzie przyjeżdżają. To Niemcy, wczoraj Francuzy, tu jakieś były, to Polacy, a Bóg wie, jakie jeszcze „nacyje” tu zjadą.
– Więc to wasz wóz? Przecież on się rozlatuje, jak wy chcecie w nim przezimować? – zmarzniecie!
– A co robić, kiej Prusaki nie pozwalają chałupy postawić. Starał się tam mój stary dość, ot i wystarał sobie kozę, chociaż przy wojsku go gefrajterem zrobili.
– Czy zawsze mieliście grunt?
– Nie! Mój był robotnikiem, uciułaliśmy sobie trochę grosza i kupili przed trzema laty to gospodarstwo. Naprzód mieszkaliśmy w stodole, wypędzili nas stamtąd. Kupił więc „mój” tę ruderę, ale patrz pon, ona się cała rozłazi. Będzie nam bieda zimą.
– A to co? – pytam – spostrzegłszy tuż przy wozie gruzy nasypu, przypominającego kominek polowy.
– A dyć ma tam gotowali sobie strawę, ale przyszła policya i rozrzuciła nam ten piec, a teraz mój został za to skazany na 30 marek kary; czem ją zapłacim, nie wiemy.

Z całą gotowością pokazuje mi Drzymalina wnętrze wozu, objaśniając, że okna dopiero Drzymała wstawił. Koło uszu czuję przeciąg powietrza. Nic dziwnego, toć szpar pełno, a na dworze wiatr. Wreszcie zabieram się do fotografowania. Żałuję mocno, że nie ma Drzymały i dwóch jego synów, którzy poszli gdzieś w świat na zarobek. Za to Drzymalia z najmłodszym synem „pozuje” mi chętnie.

Wóz Michała Drzymały w 1907 roku

Zdjęcie pochodzi ze zbiorów Cyfrowego Archiwum Czempinia. Zdjęcie podpisano: „Prześladowania w niemieckiej Polsce: gospodarstwo chłopskie Drzymały w Rakoniewicach” (tłumaczenie za Google Tłumacz).

Gdym pożegnał Drzymalinę, przyszła mi myśl do głowy, czyby nie warto otworzyć składki, zebrać pieniądze, kupić Drzymale obszerny, mocny wóz, a tę rozlatującą się ruderę posłać jako pomnik „dobrodziejstw” pruskich do Krakowa lub Raperswylu do muzeum. Niechby ludziska po wsze czasy studyowali na wozie Drzymały „kulturę pruską”.

Chłop Polski nr 37, Warszawa 17 września 1907 roku.
Artykuł pt. „Z pod prusaka”