Po sprzedaniu działki w Podgradowicach Piotrowi Kąkolewskiemu i przeprowadzeniu się do Cegielska, Michał Drzymała prócz pracy na roli trudnił się dowożeniem piasku do Rakoniewic i Rostarzewa. Czasem zawitał też do Wolsztyna i Grodziska. Biały piasek dostarczał właścicielom nieruchomości, którzy posypywali nim schody wejściowe do domów i korytarze. Był w tym czasie taki zwyczaj, że podłogi w kuchniach i lokalach z wyszynkiem też posypywane były piaskiem.

Zdarzyło się, że Drzymała po zaopatrzeni w piasek kilkunastu właścicieli domów, nie zdołał za dnia wyjechać z Rakoniewic. Dopiero wieczorem wracał, więc do Cegielska. Razu pewnego jechał szosą w stronę Rostarzewa jak zwykle jednym koniem. Wyjeżdżając z Cegielska nie zabrał latarni, gdyż nie przypuszczał, że w drodze powrotnej go noc zastanie.

Wóz posuwał się po ośnieżonej szosie. Księżyc wyłaniał się spoza chmur. Wjechawszy do lasu Drzymała zauważył z przeciwnej strony kogoś zbliżającego się na koniu. Domyślił się od razu, że to st. wachmistrz żandarmerii, Herman Zingel, który poda go do ukarania za brak światła przy wozie. Trzeba zaraz coś zrobić, pomyślał sobie.

-Prrr kasztanka! – zawołał.

Klacz stanęła. Michał zszedłszy z wozu po dyszlu wsiadł na swego konia i ruszył. Za chwilę nadjechał Zingel.

-Stać! Kto tam? – krzyknął po niemiecku. – Gdzie światło?

Wtedy Drzymała odpowiedział stanowczo:

-Kawaleria zawsze jeździła bez światła!

Gdy Zingel zaczął krzyczeć furman odpowiedział mu:

-Jadę na koniu, więc nie mam światła. Pan starszy wachmistrz jedzie konno też bez oświetlenia!

Po takiej odpowiedzi Herman Zingel, pomruczawszy pod nosem, trącił konia ostrogami i pojechał dalej. Michał Drzymała pojechał w stronę Rostarzewa. Cieszył się niezmiernie, że mu się udało Niemca wykiwać.

Jan Woźniak
„Głos Wolsztyński” nr 11 – 1960 r.